Witam.
Generalnie zamierzam się cieszyć jak głupia, więc jeśli komuś to nie pasuje to niech kliknie raz na taki magiczny krzyżyk w prawym górnym rogu. Na zdrowie.
I już po tak długo wyczekiwanym piątku, później sobocie no i wreszcie tej Upiornej niedzieli ,orientuję się znowu, jak to szybko minęło. Nie zdążył się człowiek nawet tym wszystkim podelektować (zostawię bez odpowiedzi pytanie: a czy ten człowiek zdolny byłby wtedy się tym wszystkim delektować?), a tu już proszę: środa. Prawie.
Egzamin zdany. Hm… Cztery plus.. Powiedzmy.
Niestety nie napiszę o tym, co działo się w piątek, gdyż najnormalniej (a może i nie najnormalniej) w świecie mam czarną dziurę i kompletnie nie wiem ,tzn. nie pamiętam co się działo tego też dnia. Nie pytajcie dlaczego, bo nie odpowiem xP
Zaś mogę zacząć od soboty. Nie mogłam pojechać do Windy wybrać piosenek, bo miałam wyruszyć do Warszawy, co też uczyniłam niezwłocznie. O 10 byliśmy już w samochodzie no i dalej.. Warszawka. Przyjechaliśmy sobie popołuniu tak gdzieś do wujka, gdzie już zostaliśmy cały dzień. Mama i ciocia szykowały się na pierwszą premierę. A my to generalnie oglądaliśmy TV- ciekawe jak cholera ale dobra. Sobota była nieciekawa, ale za to niedziela nadrobiła w zupełności xD
W niedzielę pojechaliśmy troszku do muzeum powstania warszawskiego. Naprawdę było ono świetne, żałuję tylko, że nie mieliśmy więcej czasu, gdyż było tam tyle ciekawych rzeczy przekazanych w bardzo przystępny sposób, że mogłabym tam spędzić dużo więcej czasu niż te dwie godzinki. Pewnie myślicie co za nawiedzona. Ale Moi Drodzy, zapewniam Was, że to nie jest takie zwykłe, nudne muzeum. To muzeum żyje.
Później wróciliśmy do wujka, no i zaczęły się przygotowania do premiery. I oto nadeszła godzina 18.30 i udaliśmy się do Teatru Roma. Odpicowani jak ta lala i w niezłych nastrojach. Atmosfera panująca w teatrze była niesamowita. Czuć było w powietrzu to oczekiwanie i podekscytowanie. Szczerze mówiąc już sam hol Teatru zrobił na mnie wrażenie, może nie jako pomieszczenie, a raczej klimat ,jaki tam panował: piękne suknie, kieliszki szampana, smokingi i wygrywający głowne tematy kwintet smyczkowy jeszcze bardziej wzmagały wrażenie, że uczestniczy się w czymś wielkim i niezwykłym. Jedynym w swoim rodzaju. Kilka minut przed siódmą zajęliśmy swoje miejsca. A mieliśmy je wyśmienite. Pod stoiskiem akustyków na samym środku. I zaczęło się. Dyrektor Teatru wygłosił krótką mowę odnośnie obchodów dziesięciolecia Teatru Roma no i naturalnie powiedział coś nie coś o przedsiewzięciu jakim był właśnie ten “Upiór w Operze”. I kurtyna wreszcie się podniosła. Scena aukcji rozpoczynała spektakl. To właśnie na jej końcówce przeszły mnie pierwsze dreszcze (a powiem Wam, że jeśli przechodzą mnie dreszcze to znaczy, że coś lub ktoś był naprawdę dobry). Muzyka zaczęła się bowiem spokojnie, ale dopiero jak z wielkim impetem zabrzmiała cała orkiestra człowiek czuł ciarki na plecach. I już wtedy wiedziałam, że to będzie coś niezwykłego, coś co zostanie na długo, coś.. wielkiego.
Po pierwsze chcę napomnkąć o scenografii. Niesamowite. Dzięki imponującym dekoracjom i projektorowi ,który wyświetlał na scenie różne scenerie, miało się wrażenie ,że to wszytko się porusza, że jesteś w tym. O muzyce.. Genialna. Po prostu genialna. Soliści rewelacyjnie przygotowani (mamusia w końcu zna się na rzeczy xP). Świetny aktorsko i wokalnie Damian ALeksander jako Upiór ( aczkolwiek trochę za nijaki, o wiele lepszy w tej roli Łukasz Zagrobelny będący w drugiej obsadzie), śpiewająca słowiczym głosem Paulina Janczak w roli Christine, emanujący charyzmą i energią, nie wspominając już o głosie i grze aktorskiej Marcin Mroziński jako Raoul. Zaś Pani Barbara Malzer zdaje się, że przeszła samą siebie albo była tego bliska grajać divę Carlottę (to chyba jej byłam pod największym wrażeniem). Ponadto choreografia zdumiewająca i fenomenalna, i pomyśleć ,że wymyśliła ją pani debiutantka, zresztą wychowanka Teatru Roma. Fantastyczne i bajkowe stroje, efektowny żyrandol ( choć ku mojemu rozczarowaniu nieroztrzaskujący się tak, jak należy) oraz sztuczki rodem z przestawienia jakiegoś iluzjonis, potęgowały magiczny nastrój. Mogłabym pisać o tym sporo, ale chyba sobie podaruję.
Później był bankiet, gdzie nacykałam zdjęć aktorom itd itp a przy okazji coś se przekąsiłam no i koło północy do domu, a następnego dnia powrót do Gdańska.
Podsumowując, było to dla mnie ogromne przeżycie, gdyż dotąd nie brałam udziału jeszcze w czymś takim tak to, w czymś tak niesamowitym, wielkim i wykonanym z takim rozmachem. Wielu ludzi oddało by niemało by tam być. Ja tam byłam. I dziękuję za to ,że było mi to dane.
A jutro wolne bo dni otwarte Topolówki i jedynki xD Ha ha. Czyli już święta praktycznie. Ho ho!
No proszę.. Upiór W Operze. Wszystko wygląda zachęcająco. I te plakaty w całym mieście, i rozgłos i teraz ta recenzja. No prawie wszystko. Bilety nie grzeszą przystępną ceną. No ale wygląda na to, że warto…