Archiwum dla marzec, 2008

22
mar
08

Przewrót w tył, a teraz… przewrót w przód.

Oprócz tego, że dręczą mnie cichutkie wyrzuty sumienia odnośnie mojego błogiego lenistwa, podczas gdy powinnam zrobić coś ze sobą ,a konkretniej zająć się czymś bynajmniej konstruktywnym (uwaga, oto i słowo ,które zakasowało społeczność forum gimnazjum nr 18 reagujące na wyraz ’konstruktywny’ pytaniem  ‘a co to za język?’. Panie Boże daj cierpliwość), to jest całkiem sympatycznie. Kilka rzeczy mi się poukładało, jem jogurt truskawkowy, zapijam kakaem, w tle lecą Pixies ,zaraz się pożygam i jest fajnie.

Wczorajszy dzień krejzolsko spędziłam z dziewojami jeżdżąc sobie autobusami róźnej maści po Gdańsku i jego okolicach,malując w tych magicznych pojazdach różne rzeczy (kalambury rządzą) i co chwile coś jedząc. Sympatycznie. Poza tym śpiewałam w kościele, gdzie mi coś nie coś odmarzło. Nie wiem czemu, ale dokładniej nie chce mi się tego opisywać xP

Co do dnia dzisiejszego . Obejrzałam po raz któryś The Holiday, czyli jedną z dwóch komedii romantycznych, które lubie. Bardzo lubie i które wprawiają mnie w dobry nastrój.

Patrzę się w sufit. Nic nie robię. Niewiarygodne.

Wbrew pozorom tytuł nie jest przypadkowy. Nie jest on typowym moim wydzimisiem żeby walnąć jakiś tytuł byle jaki, ot aby był.

Okej.

Macie teraz czas na zinterpretowanie go po swojemu. Korzystajcie bo zaraz pozbawie Was tej zajebistej przyjemności możliwości inerpretowania czegoś jorself i te sprawy.

Dobra. Tytuł znaczy ni więcej ni mniej jak ’powrót do przeszłości’ a raczej ’powrót przeszłości’ ,bo nie zamierzałam do niej powracać. A ona bezczelnie wtargnęła. Wtargnęła przeszłość o której już nawet nie myślałam ,że może wrócić. Wtargnęły tamte pragnienia. Nie potrafię stwierdzić czy to makabrycznie czy rewelacyjnie, bo kto to może wiedzieć. Z resztą nigdy nie wiemy, co będzie konsekwencją tego czy innego zdarzenia, bo zdarzenie na pozór niekorzystne może być przyczyną zdarzenia ,które będzie zajebiście korzystne więc no… W sumie to jak na 21 minutę po godzinie 21 jestem zadowolona z jej powrotu. I ciekawa jestem dalszych wypadków z serii: “Jakież to życie przewrotne i pełne ironii”.

A co do przewrotu  w przód. Wiadomo wiele rzeczy toczy się dalej ,nabiera rozpędu, a my czekamy na rozwój wydarzeń.

Mam cholernie smutna wiadomość. Niestety nie jest to oryginalny zapis, bo w trakcie pisania odłączyli mi prąd na ułamek sekundy, co wystczyło aby nie zapisała mi się cała nota. Ubolewam nad tym ,bo będąc przez chwile  w mojej wysokiej formie intelektualnej (pośmiejmy się chwilę razem) w akapicie wyjaśniającym  ’przewrót w tył’ błyszczałam nietuzinkowymi porównaniami i metaforami, które poszły w pizdu wraz z zasilaniem.  Wiecie, nie byłabym tak wkurzona jak jestem gdyby to zdarzyło się raz a nie 3 razy w ciągu 10 minut, a ja się musiałam babrać w jakichś kabelkach od netu żeby takowy zaczął działczyć. Mówię Wam, przednia zabawa.

A i generalnie jestem zła. Tak zapamiętajcie to sobie, bo to obwieścił mi dzisiaj prywatny demoralizator xP bo Wy tego poprostu jeszcze nie widzicie xP

no i jutro też zamierzam robić nic. do diabła z tym wszystkim. mam wolne i tyle.

Opcja ’pozytywne myślenie’ włączona.

Ahoi.

18
mar
08

Upiornie wręcz.

Witam.

Generalnie zamierzam się cieszyć jak głupia, więc jeśli komuś to nie pasuje to niech kliknie raz na taki magiczny krzyżyk w prawym górnym rogu. Na zdrowie.

I już po tak długo wyczekiwanym piątku, później sobocie no i wreszcie tej Upiornej niedzieli ,orientuję się znowu, jak to szybko minęło. Nie zdążył się człowiek nawet tym wszystkim podelektować (zostawię bez odpowiedzi pytanie: a czy ten człowiek zdolny byłby wtedy się tym wszystkim delektować?), a tu już proszę: środa. Prawie.

Egzamin zdany. Hm… Cztery plus.. Powiedzmy.

Niestety nie napiszę o tym, co działo się w piątek, gdyż najnormalniej (a może i nie najnormalniej) w świecie mam czarną dziurę i kompletnie nie wiem ,tzn. nie pamiętam co się działo tego też dnia. Nie pytajcie dlaczego, bo nie odpowiem xP

Zaś mogę zacząć od soboty. Nie mogłam pojechać do Windy wybrać piosenek, bo miałam wyruszyć do Warszawy, co też uczyniłam niezwłocznie. O 10 byliśmy już w samochodzie no i dalej.. Warszawka. Przyjechaliśmy sobie popołuniu tak gdzieś do wujka, gdzie już zostaliśmy cały dzień. Mama i ciocia szykowały się na pierwszą premierę. A my to generalnie oglądaliśmy TV- ciekawe jak cholera ale dobra. Sobota była nieciekawa, ale za to niedziela nadrobiła w zupełności xD

W niedzielę pojechaliśmy troszku do muzeum powstania warszawskiego. Naprawdę było ono świetne, żałuję tylko, że nie mieliśmy więcej czasu, gdyż było tam tyle ciekawych rzeczy przekazanych w bardzo przystępny sposób, że mogłabym tam spędzić dużo więcej czasu niż te dwie godzinki. Pewnie myślicie co za nawiedzona. Ale Moi Drodzy, zapewniam Was, że to nie jest takie zwykłe, nudne muzeum. To muzeum żyje.

Później wróciliśmy do wujka, no i zaczęły się przygotowania do premiery. I oto nadeszła godzina 18.30 i udaliśmy się do Teatru Roma. Odpicowani jak ta lala i w niezłych nastrojach. Atmosfera panująca w teatrze była niesamowita. Czuć było w powietrzu to oczekiwanie i podekscytowanie. Szczerze mówiąc już sam hol Teatru zrobił na mnie wrażenie, może nie jako pomieszczenie, a raczej klimat ,jaki tam panował: piękne suknie, kieliszki szampana, smokingi i wygrywający głowne tematy kwintet smyczkowy jeszcze bardziej wzmagały wrażenie, że uczestniczy się w czymś wielkim i niezwykłym. Jedynym w swoim rodzaju. Kilka minut przed siódmą zajęliśmy swoje miejsca. A mieliśmy je wyśmienite. Pod stoiskiem akustyków na samym środku. I zaczęło się. Dyrektor Teatru wygłosił krótką mowę odnośnie obchodów dziesięciolecia Teatru Roma no i naturalnie powiedział coś nie coś o przedsiewzięciu jakim był właśnie ten “Upiór w Operze”.  I kurtyna wreszcie się podniosła. Scena aukcji rozpoczynała spektakl. To właśnie na jej końcówce przeszły mnie pierwsze dreszcze (a powiem Wam, że jeśli przechodzą mnie dreszcze to znaczy, że coś lub ktoś był naprawdę dobry). Muzyka zaczęła się bowiem spokojnie, ale dopiero jak z wielkim impetem zabrzmiała cała orkiestra człowiek czuł ciarki na plecach. I już wtedy wiedziałam, że to będzie coś niezwykłego, coś co zostanie na długo, coś.. wielkiego.

Po pierwsze chcę napomnkąć o scenografii. Niesamowite. Dzięki imponującym dekoracjom i projektorowi ,który wyświetlał na scenie różne scenerie, miało się wrażenie ,że to wszytko się porusza, że jesteś w tym.  O muzyce.. Genialna. Po prostu genialna. Soliści rewelacyjnie przygotowani (mamusia w końcu zna się na rzeczy xP). Świetny aktorsko i wokalnie Damian ALeksander jako Upiór ( aczkolwiek trochę za nijaki, o wiele lepszy w tej roli Łukasz Zagrobelny będący w drugiej obsadzie), śpiewająca słowiczym głosem Paulina Janczak w roli Christine, emanujący charyzmą i energią, nie wspominając już o głosie i grze aktorskiej Marcin Mroziński jako Raoul. Zaś Pani Barbara Malzer zdaje się, że przeszła samą siebie albo była tego bliska grajać divę Carlottę (to chyba jej byłam pod największym wrażeniem). Ponadto choreografia zdumiewająca i fenomenalna, i pomyśleć ,że wymyśliła ją pani debiutantka,  zresztą wychowanka Teatru Roma. Fantastyczne i bajkowe stroje, efektowny żyrandol ( choć ku mojemu rozczarowaniu nieroztrzaskujący się tak, jak należy) oraz sztuczki rodem z przestawienia jakiegoś iluzjonis, potęgowały magiczny nastrój. Mogłabym pisać o tym sporo, ale chyba sobie podaruję.

Później był bankiet, gdzie nacykałam zdjęć aktorom itd itp a przy okazji coś se przekąsiłam no i koło północy do domu, a następnego dnia powrót do Gdańska.

Podsumowując, było to dla mnie ogromne przeżycie, gdyż dotąd nie brałam udziału jeszcze w czymś takim tak to, w czymś tak niesamowitym, wielkim i wykonanym z takim rozmachem. Wielu ludzi oddało by niemało by tam być. Ja tam byłam. I dziękuję za to ,że było mi to dane.

A jutro wolne bo dni otwarte Topolówki i jedynki xD Ha ha. Czyli już święta praktycznie. Ho ho!

12
mar
08

Tytuł niech będzie egzotyczny: Bananagirl i Mr Lemon.

Chciałabym powiedzieć, że wszystko umie jest świetnie i że lepiej być nie może. Niestety, gdybym to napisała nie było by to prawdą. Chociaż drobne kłamstewka nie zaszkodziłyby chyba tak bardzo.. ale sobie podaruję.

Generalnie za dużo się nie dzieje. Od weekendu do weekendu z utęsknieniem wyczekując wakacji i nowej szkoły. Taka prawda. Chciałabym już być gdzie indziej, z daleka od tego wszystkiego, no ale żeby nie brzmiało to zbyt hm… niewdzięcznie i pesymistycznie to jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się bardziej poznać kilka osób z mojej klasy (o ironio, końcówka trzeciej klasy) , które wyciągnęły do mnie rękę i nie szczędziły mi uśmiechu. Chciałabym im wszystkim za to podziękować. Pewnie nigdy tego nie przeczytacie, ale dziękuję Wam.

Dobra mina do złej gry.

A Moi Drodzy, tytuł nie znikąd. Wczoraj kiedy to szajba będąca skrajną odmianą beznadziei ogarnęła mnie niezwykle, stworzyłam dwie postaci: Bananagirl i Mr Lemona. Spytacie pewnie kto to taki. Otóż w przypływie weny, szajby, głupawki, palmy czy czego tam jeszcze, mój brat jadł sobie obiad, a ja usiadłam na kanapie i bezczelnie zrobiłam mu teatrzyk. Kanapa była jakby takim parawanem. No, ale nei odpowiedziałam na pytanie o ich tożsamość, a więc jest to para zajebiście żółtych skarpetek. Tomek bliski uduszenia się obiadem i posikania się ze śmiechu chciał to nagrać, ale stanowczo zabroniłam, bo co to by było xP Zabawnie było. Oto jak pani rzekomo dojrzała i poważna Beatrycze zachowuje się po powrocie do domu, gdzie odreagowuje.

W niedzielę byłam sobie sama i w pełni niezależna w kinie na “Control”. Film bardzo mi się podobał. Momentami śmiało się do rozpuku ,a były chwile kiedy łezka kręciła się w oku. Obraz ten przedstawił Iana Curtisa w takim świetle, że w zasadzie nie wiedziałam później co o nim myśleć.

Film zaczyna się bynajmniej sielsko. Młody Ian leży sobie na łóżku, pali papierosa i rozmyśla nad egzystencją. Pisze wiersze, opowiadania, teksty piosenek. Bierze z kumplem proszko dla schizofrników na’odjazd’. Wszyscy fajnie się bawią. Młody pisarz odbija kumplowi dziewczynę i szybko się żeni. Znajduje zespół, gdzie zaczyna się wykazywać swoim talentem pisarza i co najważniejsze swoim głosem, który przez swoją niespotykaną barwę a także manierę Iana w śpiewie , albo się lubi albo nie cierpi. Po prostu. I tak ze szczytu wokalista Joy Division wykańczany psychicznie i fizycznie przez ataki epilepsji, odkrywa ,że świat wcale nie jest taki różowy. Nie będę dalej dokładnie opisywać co się działo. Powiem tylko, że film ma swój finał, tak samo jak i finał miało życie Iana, a także żywoty wielu innych ludzi. Legendarna muzyka Joy Division naturalnie towarzyszy obrazowi. Uroku bez wątpienia dodaje też to, że film ten jest czarnobiały, co rewelacyjnie oddaje kimat lat, w których toczyła się akcja.

Chcę już piątek wieczór.

02
mar
08

Białe inspiracje- czarne wibracje.

Witam.

No, wreszcie się wzięłam za siebie. Przejrzałam na oczy i wzięłam się. Tak. Wreszcie.

Wczorajszy dzień dosyć aktywnie mi minął. Najpierw wizyta u fryzjera później próba z zespołem, a następnie kino. Spotkałam tam Natalinkę i Monikę, które to wyczekiwały pana Giorewa, który miał Pani N. wręczyć plakat Sweeney’a Todd’a. I tak dotrzymałam im towarzystwa albo to raczej one mi. No i wreszcie przyszedł pan Giorew ,który niemal zagadał nas na śmierć xD Ja to jeszcze jako tako, próbowałam dyskutować ,ale ja nie mogę. Nie wiem czy znam drugą osobę z takim słowotokiem.. Nie no.. Dobra. Znam. Ale być tak oblatanym  w tylu tematach? Światowy człowiek normalnie. No i w końcu nadleciała Olka, która też chwile z nami postała, a o 15;30 biegiem do kina. Na szczęście ominęły nas tylko reklamy.

Powiem Wam, że tak jak Step Up część pierwsza w ogóle mi się nie podobała, tak dwójka była całkiem fajna. Jeszcze w sumie chciałabym pójść jeszcze na dwa filmy: “Aż poleje się krew” i “Chłopiec z latawcem”.

No ale wracając do tematu. Po kinie zaszłam do Empika trochę się pokręcić ,a później do domku. No i zapuściłam se Pulp Fiction. I podobał mi się, a jakże. Ogólnie rzecz biorąc sobote upłynęła pod hasłem: FILM.

Zaś sobota… Sobota zaś zaczęła się od Cienia Wiatru w łóżku z herbatą w ręku. Potem kościół no i… Gitara. Tak. Gitara, śpiew. Niemiecki (niestety). I znów gitara. No, ale w końcu zmierzam do jakiegoś punktu kulminacyjnego, a mianowicie do.. BIAŁYCH INSPIRACJI – CZARNYCH WIBRACJI.

Jeżeli myślicie ,że to coś związanego z muzyką to.. jak najbardziej prawidłowo myślicie. xP

Koncert odbył się w Filharmonii Bałtyckiej. No, ale zanim się odbył musiałam tam trafić. Oczywiście mamuśka tak mi to wytłumaczyła, że niech ją gęś kopnie. Po moście nad Motławą ,pierwsza w lewo ulica po kocich łbach . Aha, spoko. dochodzę do tego miejsca- telefon do mamy. “Eee.. Mamo jesteś pewna, że to tu?” “Tak, tak” “Tu trochę dziwinie jest. Co tu dużo mówic.. Nie wygląda mi to na podwórko Filharmonii Bałtyckiej” “Nie no wiem ,że to dziwnie wygląda ,ale idź do samego końca i tam to jest” “Aha, no okej” Wyłączam komórkę. Ulica przede mną pusta. Pozostałości po kiedysiejszych szynach tramwajowych. Sześć kotów biega po ulicy i uważnie mi się przypatruje. Okolica- co tu dużo mówić- bynajmniej niezamieszkana. (aż dziw- sam środek Gdańska!) No okej. Mam dojść do końca i tam to będzie. Idę, idę ,idę i idę. Mijam jakieś ruiny, stare domy, skrzypiące okiennice, co chwile spadające jakieś cegły czy drewno ,sama nie wiem. Coś z dachu. Budynki obdrapane, z jednego domu dobiegała mnei cicha muzyka. Trochę poczułam się jak w jakimś amerykańskim horrorze w opuszczonym miasteczku, no bo bądź co bądź , mała bo mała ale jakaś namiastka takiego miasteczka to była. Doszłam do końca. Drut kolczasty. “Hehe, to chyba nie tutaj. Napotkałam drut kolczasty, a nie sądzę żeby widownia wybierająca się do Filharmonii musiała przełazić przez kolczasty drut” “Ee no to chyba faktycznie nie tu” Hehe, miodzio. Jak się później okazało wszystko się zgadzało poza drobnym szkopulikiem. Filharmonia owszem- jest na końcu pierwszej drogi za mostem, ale za mostem drugim. No, ale mniejsza o to.

Czarek Paciorek, Dominik Bukowski, Emil Kowalski, Tomasz Sowiński, Janusz Macek Mackiewicz.

Akordeon, wibrafon, klarnet, perkusja, bas.

Białe inspiracje- muzycy tym razem inspirowali się dziełami wybitnych kompozytorów takich jak F.Chopin czy L. van Beethoven.

Czarne wibracje- klasyka przerobiona na jazzowo.

Generalnie podobało mi się. Jakby utwory były zdiebko krótsze to było by mega świetnie.

Rewelacyjny Pan Dominik na wibrafonie- jedyne 30 lat ,a gra iście niesamowicie i zjawiskowo. Najlepszy wibrafonista w Polsce pokazał dzisiaj na co go stać.

Pan Emil- cóż tu wiele mówić. Fenomen. Klarnecista światowego formatu. Jakn najbardziej pod wrażeniem. I ta szybkość…

Pan Tomasz- perkusja jakich mało teraz słychać. Z resztą Pan Sowiński uczy w Akademii Muzycznej więc samo to świadczy o jakiejś randze. (oczowiście bywają wyjątki, ale nie chcę się w to wgłębiać teraz zbytnio) Ale co tu dużo mówić- wymiatał.

Pan Janusz- kapitalne solówki i warkoczyk też fajny ;P

No i na koniec Pan Czarek- świetny pianista, ale i muzyk grający fenomenalnie na akordeonie.  Coś niesamowitego. Szybkość z jaką wywijał solóweczki była dla mnie nie do pojęcia wręcz.

Słabych ogniw po prostu nie było. Cieszę się, że mogłam tam być i poznać kilka ciekawych osób.

A za 2 tygodnie: “Ahoj Warszawo! Witaj Upiorze!” Już się nie mogę doczekać.