Archiwum dla luty, 2008

27
lut
08

Siedzę sam w pokoju bez ścian.

Trochę szkoda, że nie dorwałam się na dłużej do klawiatury ostatnimi czasy. Albo.. Jak już się dorwałam to nie chciało mi się pisać. Miałam bowiem trochę do pisania. A teraz… To się tak jakby wszystko rozeszło po kościach.

Generalnie kiepska pogoda. Niskie ciśnienie. Jest szaro. Mam podły nastrój. Tak ,tak. Lubię sobie powmawiać ,że to cholernie wspaniałe smopoczucie spowodowane jest pogodą. A w rzeczywistości kilkoma innymi rzeczami. Nie będę o nich mówić z dwóch powodów. Po pierwsze nie chce po prostu o tym mówić ,po drugie mogłoby to zostać przeczytane przez bynajmniej niepowołane osoby.

Czas mi się wlecze. Niemiłosiernie. Każda minuta wlecze się do momentu kiedy złapię się za “Cień Wiatru”, wezmę gitarę do ręki albo włączę odpowiedni repertuarem, którym stał się ostatnio Lenny Valentino. 

‘Siedzę sam w pokoju bez ścian.’

Zabawne, że w podstawówce muzyka była dla mnie rzeczą istniejącą ,ale niekonieczną.  Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez niej. Po prostu nie umiem. Brak mi słów. Jak kiedyś ochłonę ,rozwinę wypowiedź.

‘I nawet kiedy będę sam nie zmienię się to nie mój świat.’

No to zaczęła się walka charakterów. Nieme krzyki. Trudno. Pewne cechy nie pozwalają. I dobrze.

Pada deszcz i wieje wiatr. Lubię słuchać deszczu bębniącego w szyby. Uwielbiam. Zwłaszcza teraz. Chciałabym żeby zmył to wszytsko co wydarzyło się ostatnio. Chciałabym już to mieć za sobą. Chcę burzy. Tak patrzę w tej chwili na to co napisałam przed chwilą i widzę sporo wyrazu “chcę” lub “chciałabym”. To znaczy ,że nie jest dobrze. Bo chcę zmieniać. Chcę by już było dobrze. Bym  znowu mogła się faktycznie i prawdziwie śmiać. Teraz udaję.

Odwykłam od samotności, więc może i to odświeżenie znajomości z tą Panią nie jest takie złe?

Nie, samo w sobie nie jest, ale gorszy jest posłaniec ,który ją wezwał. Lubię kiedy to posłaniec ją do mnie sprowadza, ale na moje polecenie, a nie innych.

Moim azylem jest muzyka. I tyle.

Mój świat.

p1020139.jpg

22
lut
08

Herezje, instrumenty i cenzura.

Cóż, sporo się wydarzyło. Kilka rzeczy lepszych i tych gorszych też. Najpierw o tych lepszych.

Miałam ostatnio czas na czytanie książek. Rzecz cudowna i jakże bliska memu sercu. Kupiłam dwie nowe książki. Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby nie to ,że każda kupiona książka oznacza ni mniej ni więcej ,że próbowałam nią załatać coś w sobie. Prościej mówiąc: najczęściej kupuje książki jak mam doła. Normalnie to wypożyczam. No, ale mniejsza. Jedną już mam przeczytaną. Jest to trzecia część powiedzmy… przygód pewnego Inkwizytora, którego zajęciem jest, jak się pewnie domyślacie, tropienie heretyków. (Jacek Piekara, “Łowcy Dusz”)  Momentami szalenie zabawna. Przypomina mi ona trochę Wiedźmina, ale nie jest ona tak wysokich lotów jak dzieło Sapkowskiego. Po pierwsze bieg wydarzeń w niektórych opowiadaniach jest jak dla mnie zbyt przewidywalny. Po drugie fabuła nie jest tak złożona jak u Pana Sapkowskiego.  Nie jest to także książka zawierająca tylko i wyłącznie opisy tortur, pogoni czy krwawych zajść. Można w niej też znaleźć kilka mądrych rzeczy. Pozwolę sobie przytoczyć kilka cytatów: “To prawda, że odważni nie żyją wiecznie, lecz tchórze nie żyją wcale.  Myśl może i budząca kontrowersje, ale wg mnie całkiem niezła. I tu coś jeszcze: ” -Pielęgnuj marzenia ,chłopcze, bez nich staniesz się (…) nikim! Jeżeli płaczesz nad tym, że w twoim życiu słońce zapadło za horyzontem, łzy przeszkodzą ci dostrzec piękno gwiazd. – A jeśli ich nie ma [gwiazd]? – To je stwórz, niemądry chłopcze!” Hah, nie no dobra. Widzę ,że spaczenie się tutaj już przejawia ;P Dzisiaj na języku polskim pisaliśmy recenzje, no i stąd moje zapędy to rozkładania dzieł na części pierwsze, a później ich analizowania. Z resztą kogo to teraz obchodzi…

Następnie… Przez ostatnie trzy tygodnie słuchałam namiętnie Pana Jamiego Culluma. Absolutnie fenomenalne piosenki, połącznie rocka i popu z jazzem. Miodzio. Zwłaszcza, że potrzebowałam lżejszej muzyki ostatnio. “I could have danced all night”, “Twentysomething”, “London Skies” czy “All at sea” – coś cudownego. I teraz co mnie takiego spotkało. Otóż okazało się ,że moja mama ma nuty Pana Jamiego na fortepian, w konsekwencji czego jak już usiąde do klawiatury ,nie mogę się oderwać. Pracuję w tej chwili nad “All at sea”, “But for now” oraz “It’s about time”.

Dalej.. W czwartek dostałam olśnienia jakiegoś i byłam geniuszem matematyczny. Ale to tylko przez 1,5 godziny, niestety ;P Całkiem miło było poczuć się zajebiście mądrym.

Generalnie było całkiem pozytywnie, ale oczywiście do czasu. Ale w tym o to momencie- zamilknę.

Słucham OFFensywy. Grają Pink Freud. Jest sielsko,  cudnie,  zajebiście. Nie no, tak poważnie rzecz biorąc: fajnie jest. Teraz.

15
lut
08

Mimo że dużo to niewiele.

Jeszcze wczoraj miałam tyle do napisania tutaj, a nie bardzo miałam czas. A teraz? Pustka prawie że.

Wczoraj wreszcie wyrwałam się z domu. W sumie na jednej lekcji byłam, bo później się wkręciłam w walentynkowe coś organizowane w szkole. (Ma się ten dar wkręciania po 2 tygodniach nieobecności w szkole xP)

Generalnie było szalenie śmiesznie, Bodzio (a właściwie Bodzia, albo jak kto woli Janina) zrobił niezłe show ;D

Hm tak patrze, że wtedy kiedy się dużo dzieje nie bardzo mam wenę do pisania ;P

Możę uda mi się tutaj jakieś fotki skombinować z tego dnia.

W każdym bądź razie. Wróciłam wczoraj z domu i miałam przed sobą widmo piątkowego konkursu z ekologii. I tak spędziłam ,wierzcie mi, sporo czasu przy książkach, ale wykułam.  Kit ,że później okazało się ,że aż tyle uczyć się nie musiałam.

Nie, koniec, nie chce mi się już pisać.

‘Zakochaj się”, “Zabierz mnie ze sobą”. Eh, głupie Tymbarki.

10
lut
08

Korespondencja, a raczej jej próba xD

No i znów nawrót choroby. Yh. Jutro nie idę do szkoły, a szkoda bo nie chce mi się już siedzieć w domu. Aczkolwiek.. Może jeszcze ponadrabiam trochę zaległości książkowe.

Piątek. Cóż o piątku. Zadziała sie nieprzyjemna rzecz nad którą nie będę sie rozwodzić bynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze- nie jest godna uwagi i myślę, że niepotrzebnie o niej wcześnie wspomniałam, po drugie- napominam o niej w tej chwili tylko z jednego powodu, a mianowicie żeby odklepać wszystko, co się zadziało tego dnia. Po prostu chodzi o niepomijanie rzeczy.  Whatever. Chciałam iść na próbę- nie poszłam. Ale nie. Generalnei cały dzień miałam wyśmienity humor ;D i Mało tego! Polepszyły mi go pewne dwie Panny, które prawie- niespodziewanie złożyły mi wizytę ;D

Ale i tak jestem im szalenie wdzięczna za fatygę, jaką mi okazały ;D

A to było tak… Właśnie siedziałam przed telewizorem wierząc i będąc pogodzoną z myślą, że nic się już nie zdarzy tego dnia, który z resztą dobiegał  końca. W przedpokoju błyskała przepalająca się żarówka. Odwróciłam od niej wzrok i  ze znudzeniem wbiłam go w ekran. Drrrr drrrrr. “Oo… Wibracje. Szkoda, że nie ma tu Oli…” (ah te lekcje religii ;D) Biorę do ręki obdrapaną komórkę. Panna Natalina: “Jedziemy do bety”.Cóż to zagadkowa wiadomość, o tak dziwnej godzinie. (tak, tak) Moja logika, moja jakże lotna i sama w sobie logiczna logika podsunęła mi myśl, iż może owa Panna zawita do mnie tego wieczoru i bynajmniej nie sama. A to z kolei podpowiedziała mi, nikt inny, jak ta sama zadziwiająca logika! “jedzieMY do bety”! (tak, tak moi drodzy) Targana uczuciami niepewności oraz wzbierającej w moim sercu niezmiernej radości! Postanowiłam czekać. Cały czas ukratkiem zerkałam przez okno. Jakby się zjawili, chciałam być gotowa, jeśli w ogóle można mówić o jakiejkolwiek gotowości będąc w papciach, piżamie i ciepłym szlafroku. No i zjawiły się. Otworzyłam drzwi i te tam wszystkie ceregiele, panna Aleksandra rzuciła się na mojego kota, a panna Natalina wydała się onieśmielona wręcz moim psem xD Zrobiłam herbaty, poszłyśmy do mnie do pokoju i się zaczęło. (Może zauważyliście, że tak przyspieszyłam, ale tak sobie pomyślałam, że jeżeli ktoś to czyta ,to w końcu prędzej czy później chyba mu się odechce ze względy na długość notek. A  z resztą. Nieistotne xP) Powrót do przeszłości. ^^ Całkiem śmiechowo, jak zaczęłyśmy wspominać pierwsze chwile, odkąd się poznałyśmy. Wszystkie te zabawne incydenty, spostrzeżenia. Ah, uśmiałyśmy się. Ale te nasze ‘przygody’ opiszę najwyżej innym razem ,jeżeli w ogóle. Po jakimś czasie Natalka i Ola opuściły mój dom. Ah, jakże miłą prawieniespodziewajkę mi sprawiły ;D

Sobota. Cóż w sobotę. W sobotę otóż nic się nie działo. Spokojniuchno. Leżałam w łóżku, czytałam książkę i popijałam herbatą.

W niedzielę? Po nocnym prawieuduszeniusię, mama zadecydowała ,że w poniedziałek zostaję w domu. Bombastycznie. Musiałam wobec tego wymyślić sposób ,aby przekazać Oli książki, jakie mi zostawiła. Mój braciszek akurat wybierał się w tamte okolice więc poprosiłam go odrobną przysługę (oczywiście nei za darmo, gdyż ja mu musiałam w ramach zapłaty pokombinować coś na jakże nam wszystkim znanym portalu- epuls xP). Tomasz ubrał się należycie do tego zadania, wziął książkę i zaczął szykować rower, a mi przyszedł do głowy pewien pomysł. Pierwszy raz w życiu miałam gońca! Najprawdziwszego na świecie gońca! I jakże bym mogła nie skorzystać i nie poczuć się choć przez chwilę jak ta pani z dawnych czasów, kiedy to nie było faksów, maili ,telefonów. Tak więc wyskrobałam do Olki list ,haha xD Później, co prawda dostałam smsa mniej więcej takiej: Beata czy cie pojebało doszczetnie? xD Odpowiadam: Tak. Już mi odbija od tego siedzenia w domu xP cóż więcej. To chyba była jedyna atrakcja tego dnia xP Trzeba się cieszyć z drobnostek, a w razie nudnego dnia, dostarczać sobie jakichś rozrywek albo chociaż pseudorozrywek, nie? xD

Mama kupiła ciasta. Dużo ciast. I Beatka zjadła. Dużo zjadła. I ma pełny brzuszek, hihihi.  -uwaga- to moje drugie ja.

 Mam pogryzione nogi, bo mam zwyczaj ich wystawianie ,kiedy śpię. Cóż, mój kot- Ciciuch ,ma dosyć nieprzyjemny zwyczaj ich gryzenia.

No i na koniec dnia Beatka z Olą sprawiły sobie rozrywkę w postaci komentowania zdjęć Tomaszkowi xD Już nas chyba poźrebiło do końca.

Okej. Na zdjęciu macie tego mojego małego skurczybyczka w postaci Cicia. Zobaczcie jego kły!

p1020202.jpg

08
lut
08

Wreszcie.

17.01

I tak. Wczoraj nieświadomie przygotowawszy się na rzecz bynajmniej nieprzyjemną, dzisiaj zniosłam ją prawie bezboleśnie. Gdy usłyszałam ‘nie’ z początku łzy zebrały mi się w oczach, ale nie. Powiedziałam sobie, że nie dam się, że jestem silna, że nie pozwolę na coś takiego. I nie pozwoliłam. Śmiech. Dziki niczym niespętany śmiech szaleńca z echem rozpaczy. Śmiech. Bo cóż innego? Teraz wolę śmiać się do rozpuku niż płakać , nie pozwolę aby doprowadzano mnie do takiego stanu. Bo jeżeli nie mogę panować nad sytuacją (a  niezawsze się da) to niechże przynajmniej panuję nad sobą!

Zapanowałam. I znowu śmiech i euforia. Powinnam zupełnie inaczej reagować. Nie powinnam cieszyć się jak wariat, a jednak tak się dzieje. Czy zdarzenie z pozoru conajmniej niemiłe może się okazać jednocześnie czymś wspaniałym? Bywa i tak. Może w tym wypadku odzyskałam jedną z najcenniejszych dla mnie wartości: wolność. I dlatego się raduję.

Chcę zmian.  I chcę być znowu pewna kilku rzeczy..

 No dobra.. Tak sobie pomyślałam, że mogłabym jeszcze na trochę pojechać na stoki i cieszyć się dziko białym ,bezkarnym szaleństwem ;D Ah… Cudnie było. Wszystkie wydawało się takie odległe. Takie niedotyczące mnie. I to mi pozwoliło odpocząć.  Motywem przewodnim tego wyjazdu było przede wszystkim : “Heeej! Rudy się żeni! Rudy się żeni!” ;D straszne mówię Wam. Moja mała kuzynka zgłupiała na punkcie tej piosenki ;P Nasze uważne badania dotyczące ciasteczek xD Słoońce^^ Kanał telewizyjny hotelu z dziką muzyką country ;P Tyyymbarkowe szaleństwo! (“Nie będziesz mógł się oderwać!” xD) Mała transakcja w sprawie “Chłopców z Placu Broni” ;P Poszukiwania skrzynki pocztowej i raz jeszcze ciasteczka xD Małe conieco w pokoju mojego brata ,haha. Pierwsze upadki na desce i słynna akcja z samojezdnym snowboardem ;D I Pan Andrzej i jego chłopcy ^^ No i ta słynna kwestia: “O.K. After you!” ;D  Ah.. Nie ma to jak wakacje ;D Hm no to może kilka zdjęć z tego wyjazdu ^^

skladanka.jpg

07
lut
08

Sprawy ‘nadziemne’ nie są lekarstwem natychmiastowym. A szkoda.

Nie wiem czy powinnam pisać będąc w takim stanie- czyt. zrezygnowania, zmęczenia, ogólnego poczucią beznadziei, gdyż człowiek, który tak sie czuje jest bardzo podatny na działania tych pierwszych myśli, które bardziej odzwierciedlają emocje ,a nie do końca są przemyślane.  Cóż, zaryzykuje. Najwyżej uznacie mnie za jakaś idiotkę czy coś w tym rodzaju, ale mam nadzieje, że przed tym osądem weźmiecie pod uwagę napisane przeze mnie pierwsze zdanie. (zawsze miałam promlem z długimi zdaniami, ludzie mówią, że za dużo Tolkiena się naczytałam i majstruje zdania, które przerażają długością)

 Zacznę od wstępu.  Poszłam dziś do szkoły po przerwie. Nie mogłam usiedzieć w domu. Widziałam go przez chwilę. No nic. Bywa. Na lekcji koledze Kaszelowi prawie udało się mnie wykończyć i myślałam ,że się uduszę w szkolnym kiblu. Ta, lepszego miejsca chyba nie mogłam se wybrać. No, ale minęło. Poszłam do pielęgniarki, wróciłam do domu.

Wróciłam do czytania. Przez te kilka dni przeczytałam ksiązki o tzw. tematyce nadziemnej. Paulo Coelho się kłania. W bardzo dużym uproszczeniu naczytałam się o tym jak się powinno żyć w zgodzie z własnym ja, że nie można być niewolnikiem samego siebie, trzeba próbować, nie można się bać. Ten, który nic nie robi nie będzie czuł niczego innego oprócz smutku, że nie jest na tyle odważny by COŚ zrobić. Tak, taaak, wszystko na tak, ale co mi po tym jeśli problem mam bardziej przyziemny i nie bardzo mi te założenia dstarczą szybko pomocy. Okej, skuteczne po pewnym czasie, w celu odnalezienia harmonii i spokoju duszy, a później, będąc w pełni sił, dalszego próbowania.

Pierwsza myśl- i właśnie dlatego nie można się angażować, bo później bardzo często przychodzi rozczarowanie, które boli. Bardzo boli. Ale jeżeli wszyscy by tak myśleli to.. to by był jakiś obłęd. Nikt by nie walczył o swoje, wszyscy byliby sparaliżowani ze strachu przed bólem. A ból jest przecież częścią naszego życia. I musimy nauczyć się z nim żyć. Trzeba pogodzić się z tym ,że są wzloty i upadki, ale to nie takie proste. Tzn. w chwili, gdy jest się ‘na dole’ to stwierdzenie może brzmieć oschle, bezlitośnie obojętnie i okrutnie. Wtedy, będąc na tym poziomie, wiele rzeczy wydaje się bezsensownymi, tracą blask i my też go tracimy. Ale jeżeli nie doświadczamy w tej chwili jakiejś przykrości czy bólu zdanie: ‘trzeba pogodzić się z tym, że są wzloty i upadki” brzmi całkiem rozsądnie.

No i najważniejsze. Pomyślny zbieg okoliczności, pomyślny przebieg zadarzeń, pomyślny bieg czegoś tam- szczęście.Co by nie było- szczęście, fart, powodzenie czy jak to tam ludzie jeszcze nazywają, jest najważniejsze. To tak jak w lotku. Wiedza i umiejętność z niej wynikająca jest jak wiadomo nie wilkim procentem tego CZEGOŚ ,co składa się później na wygraną. Umiejętność postawienia kreski? Myślę ,że to jest tylko 1% TEGO. A reszta? Szczęście, po prostu szczęście. Może przykład z lotkiem jest trochę zbyt absurdalny, no ale. Przynajmniej prawdziwy. Tak, szczęście, chodzi tam, gdzie mu się podoba. Opuszcza szczęśliwych już ludzi i wyrusza dalej w podróż. Ku ludziom, którzy szczęścia  nie zaznali, a którzy go potrzebują. Czasem niestety kogoś ominie. A szkoda. Pozostaje tylko wierzyć, że to szczęście jednak przybędzie raz jeszcze, tylko może w innym momencie. W momencie, który może tak naprawdę będzie ważniejszy od tamtego, kiedy tak bardzo szczęścia potrzebowaliśmy, a ono nie przybyło.

W zasadzie to nie wiem do czego zmierzam. Piszę co myślę, a mam teraz taki mętlik w głowie, że szok. Ale to pomoaga… Takie wypisanie wszystkiego. Teraz jest trochę bardziej poukładane, a przede wszystkim wyszło ze mnie. Zdaję sobie sprawę, że pisząc o tym wszytskim bardzo się obnażam mentalnie, ale mam nadzieję, że jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności, nie zajrzy na tą stronę nikt niepowołany, który tą otwartość mógłby wykorzystać przeciw mnie. No znowu się łapie. Czemu z góry zakładam, że ludzie są źli, że chcą mi zrobić krzywdę. Myślę, że ludzie z natury są dobrzy, tylko inne czynniki wpływają później na to jakimi się stają i często nie zależy to on nich.Chociaż, jakby się tak zastanowić, to człowiek powienien być swoim Panem. Ale niezawsze tak jest. A szkoda.

 Dopisałabym jeszcze coś. Jakoś ciągle czuję się niewypisana no ale.. nie wiem co.

Dobra chyba już skończe, bo nie wiem co tu jeszcze napiszę. Pozwolę nie dokładać sobie jeszcze jednej cegiełki do tego dzieła w istocie małego i jeszcze niedoświadczonego umysłu.

Ah no i obiecałam -zdjęcie.

zachody.jpg

“(…) Jakże odwdzięczę słońcu, że zachód mnie nie odpycha, że wieczór i poranek niedługa dzieli rozłąka…” Jan Paweł II

I niebo stało się oceanem. Gdy jestem przygnębiona lubię oglądać ładne rzeczy. A do tych z pewnością zalicza się zachód słońca.

06
lut
08

Za Pan brat z kolegą Kaszelem.

22.22- taak. Nie mogę spać przez mojego chorego przyjaciela- Kaszela, więc co robię? Wchodzę na bloga i piszę. Jakby to w czymś mi miało pomóc xP

Jestem chora. To znaczy kaszlę, nic po za tym. Ale kaszel ten nie pozwalał mi spać wczoraj do 4 nad ranem, co nie było bynajmniej przyjemnym doświadczeniem. Jutro idę do szkoły, mają być jakieś warsztaty, które mają nam pomóc w określeniu planów co do naszej przyszłości. Ciekawie.

 5 dni bez szkoły- jak to szybko minęło. Nie chcąc zmarnować czasu, jakim zostałam obdarowana, przeczytałam kilka książek dotyczących spraw bynajmniej nieprzyziemnych. Wierzcie mi, po trzech takich książkach mam nasrane w głowie, nie wiem co myśleć i w ogóle nie mogę się skupić. No bo wiecie, dawno nie naszło mnie na filozofowanie, więc musiałam poczytać czyjeś myśli, no i tak to zapotrzebowanie na komplikowanie sobie życia i szukanie pytań na dręczące mnei pytania się zakończyło. Chaosem. Może dlatego ,że jestem chora. Boli mnie głowa i kaszle średnio co 10 sekund. Przednia zabawa. Już piąty dzień. Idzie się zastrzelić.

Pomyślałam sobie ,że może pododaje jakieś zdjęcia, aby było ciekawiej i tak zrobię. Od następnego wpisu.

Urzekła mnei ta piosenka. Nie dość, że tekstem to i cudownym dla uszu głosem Pana Buckleya. A oto i jej tłumaczenie na jakże piękny nasz ojczysty język.

Mimo wszystko lepiej mi brzmi po angielsku, no ale.  Jeśli wstawię ten tekst tu po polsku będę wiedzieć, że każdy go zrozumiał. Lecz nie będę miała pewności, czy w każdym tego słowa znaczeniu. A raczej znam odpowiedź.

Wyglądając przez drzwi widzę deszcz padający na pogrzebowego żałobnika
W powstałej paradzie zasmuconych krewnych, zapełnionej, jak ich buty wodą
I może jestem za młody, by utrzymać dobrą miłość z dala złej drogi
Lecz dzisiaj, jesteś w moich myślach więc nigdy się nie dowiesz…

Kiedy jestem załamany i głodny Twej miłości, bez szans by to nakarmić
Gdzie jesteś dziś, dziecino, wiesz jak mocno tego potrzebuje
Za młody by wytrzymać i za stary by po prostu uwolnić się i biec…

Czasami człowiek traci głowę, czuje wtedy że powinien posiadać swoją radość
Za bardzo oślepiony by dostrzec zniszczeń jakich dokonał
Czasami człowiek musi się przebudzić by odkryć prawdę, nie ma nikogo..

Więc poczekam na Ciebie… I będę płonął.
Czy kiedyś zobaczę Twój słodki powrót?
Oh, czy kiedykolwiek się nauczę…

Oh kochanku, powinieneś przyjść
Bo nie jest za późno…

Samotny jest ten pokój, łóżko gotowe, otwarte okno wpuszcza deszcz do środka
Płonący w rogu to samotny człowiek który marzył o Tobie z razem nim
Moje ciało się przekręca, tęskniąc za snem który nigdy nie nadejdzie.

To nigdy się nie skończy, moje królestwo za pocałunek nad jej ramieniem
To nigdy się nie skończy, Wszystkie me bogactwa za jej uśmiechy kiedy śpię tak miękko obok niej
To nigdy się nie skończy, Krew moja za słodycz jej śmiechu
To nigdy się nie skończy, Ona jest łzą na zawsze uczepioną mojej duszy…

Dobrze, może jestem za młody,
by utrzymać dobrą miłość z dala złej drogi

Oh… Kochanku, powinieneś przyjść
Bo nie jest za późno…

Dobrze, jestem za młody by wytrzymać
I za stary by uwolnić się i biec
Zbyt głuchy, niemy, i ślepy by dostrzec zniszczeń jakich dokonałem
Słodki kochanku, powinieneś przyjść
Oh, miłości dobra, czekam na Ciebie..

Kochanku, powinieneś przyjść
Bo nie jest za późno…