15
maj

Tygrysica T-235 oraz niedługotenzapieprzsięskończybuhaha.

Już niedługo. Cholera już niedługo. Zaraz skończy się ten zapieprz w szkole, znajdzie się sporo wolnego czasu, słońce będzie świecić ile wlezie i tak do końca roku szkolnego, aż do wakacji- tak, w zasadzie już jestem jedną nogą w terminiepo23czerwca. Uczyć się nie mogę- nic mi nie chce wchodzić, bo najzwyczajniej w świecie mi się nie chce.

W jednej sprawie zmądrzałam i nauczyłam się na nią gwizdać- zajebiście cenna umiejętność. I jakoś to będzie. Dzień ,a właściwie wieczór raczej optymistyczny. Przyświeca mi myśl, że nie długo to wszystko się skończy ,a od wolności dzielą mnie 2 sprawdziany z fizyki, 2 z geografii i jeden z biologii.

Na pewno trochę mnie będzie ściskać w sercu ,że rozstaję się z tymi moimi, bądź co bądź, ale kochanymi debilami klasowymi ^^ owszem narzekało się niekiedy na klasę i w ogóle ,ale w gruncie rzeczy, gdzie indziej takich znajdę. Właśnie TAKICH. Nigdzie. Gdzie znajdę takiego drugiego Bodzia ,który w przypływie ochoty, skacze na przerwie po kurczaka po czym wcina nóźki w sali od muzyki. Takiego Pawełka słodziutko mówiącego  “Beatka”, kiedy chce Tymbarka albo 20 groszy. I w ogóle cały ten Zakon Borsuka ,który wielokrotnie zmieniał nazwy (Buki, Niedźwiedzia, Suma czy też w końcu Dzika). Eh łezka się kręci w oku. Bądź co bądź sympatyczne ,wesołe dziewczynki służące pomocą i wsparciem. Ah i ta kultura. Zdarzały się chwile słabości ,kiedy to chciałam wymordować całą klasę np. zostajemy na lekcji czy idziemy na mecz? “Zostajemyy!” Rozstrzelać, mówię Wam.

Ale bądź co bądź klasa jak klasa. Szkoda się żegnać, ale jednocześnie chce już do liceum i chcę poznać nowych ludzi.

Dzisiaj na polskim miała miejsce radosna twórczość uczniów klasy rozszerzonej. Temat opowiadania pisanego na lekcji: dzień, w którym spotkałem mieszkańca obcej planety (na podstawie “Gwiezdnych dzienników”. Niestety nie zmieściliśmy się w opisie jednego dnia xP

“Nigdy nie zapomnę tego dnia, bowiem od niego wszystko się zaczęło. Wtedy wpadła mi do głowy pewna wizja: ja i ona. Te opływowe kształty, ognisty temperament, lubiąca ostrą jazdę… Po prostu gotowa na wszystko. Kochanka doskonała: Tygrysica T-235 z uranowym turbodoładowaniem i ze świeżutkim zapasem podtlenku azotu, który zapewniał szybkość i komfort jazdy w jednym. Dnia 13 lipca (piątek) wyruszyliśmy w podróż naszego życia.

15 lipca- lekkie zachmurzenie, temperatura powietrza  69 stopni w skali Wacława. Wg planu o 12 mieliśmy dotrzeć do Księżyca, jednak niespodziewany atak żądnych krwi ognistych kulek Czirios zepchnął nas na inną nieznaną planetę. Ku mojemy zdziwieniu “niezniszczalny” kadłub towarzyszki mojej podróży przy pierwszym stosunku z powierzchnią planety uległ rozkładowi na części pierwsze. O zgrozo…

16 lipca- dzień słoneczny, temperatura Wacek* wie jaka, godzina poranna. Skutkiem nadzwyczaj szybkiego procesu samokonsumpcji był brak dużego palca u lewej nogi. Ten niepokojący symptom zmobilizował mnie do podjęcia wyprawy w celu znalezienia czegoś do zjedzenia i… wedty go ujrzałem… Ta niesamowita** zielona blacha pokrywająca jego ciało wzbudziła we mnie… nadzieję***.”

c.d.n.

*chuj, **zajebista, *** sami se dopowiedzcie. cenzura ze względu na jeszcze jakieś pozostałe normy języka na lekcji polskiego.

spisali: Agnieszka P., Artur G., Beata D.

I koniec bajeczki na dobranoc.

19
kwi

trzeci z trzeciego.

stosunkowo dawno nie pisałam tu. po pierwsze jakoś się rozminęło mi z moimi zajęciami i ochotami ,a po drugie siadła mi wyszukiwarka i nie chciało mi odpalić bloga. no ale mniejsza.

19 kwietnia.

pamiętam jeszcze jak całkiem niedawno myślałam sobie: jeszcze kupa czasu do testów. będzie klawo. zdąży się  kilka rzeczy przejrzeć, może jakieś testy porozwiązywać. otóż moi drodzy: BROUHAHA. o tak. ta słodka naiwność.

zrobiłam jeden test. i jestem z siebie zajebiście dumna.

wysiadły korki na górze. i jest ciemno jak w dupie. i fajnie jest.

dalej głowię się nad szkołą i klasą. dalej nic nie wiem. dalej mam mętlik w głowie. i tak sobie myślę, że chyba niczego konkretniejszego nie stwierdzę na ten temat w najbliższym czasie więc sobie na trochę odpuszczę.

stwierdziłam, że chciałabym umieć kilka języków. tak. po pierwsze to całkiem przydatne, po drugie ponoć każdy nowy język to nowe życie. całkiem miłe. nie to że bym narzekała na ten mój teraźniejszy żywot, ale otwarta jestem na nowości.

ostatni okres mojego muzycznego światka spędziłam na włchanianiu całą powierznią ciała takiego fonemenu, takiego geniusza, czegoś tak pięknego i nie do opisania jak King Crimson. Słowo daję, nigdy przedtem nie doznałam czegoś takiego. Ta muzyka szarpie tobą od środka, ale też koi twoje zmysły, a ty zastanawiasz się przez cały czas jak człowiek mógł napisać coś takiego. Dawno nie słyszałam czegoś tak pięknego. Jeśli usłyszycie płytę Islands z tytyłowymi Wyspami, fenomenalną Formentera Lady, w której się po prostu zakochałam, z Listami (3:22- nie pamiętam ,aby jakikolwiek fragment jakiejś piosenki tak mną targał za każdym razem kiedy go odsłuchiwałam) , z Ladies Of The Road, to zaczniecie ważyć słowo piękno za każdym razem kiedy będziecie chcieli go użyć. Wierzcie mi. Kiedy usłyszałam Islands to zrobiło mi się głupio, że tyle razy zdarzyło mi się nadużyć słów: ”piękny” i ”niesamowity”. Album   Red- też świetny. A kawałek Elephant Talk? Ah, tyyle feelingu w tym jest, tyyle.

Darujcie mi moje długie wypowiedzi o muzyce, ale czasem ja tak po prostu musze. Musze i musze wyrzucić to co we mnie siedzi. Ah..

I siedze tak sobie przed kompem, słucham ukochanej Ciemnej Strony Mocy i zastanawiam sie nad róźnymi rzeczami. Czy po 23 IV będzie lepiej? Co się wydarzy? Jaka decyzja zapadnie odnośnie szkoły? Czy warto się łudzić? Warto czy nie? Czy znowu dałam się oszukać?

Tak patrzę na mój ostatni post i… miałam myśleć optymistyczniej. Okej. Postaram się.

Tytuł wziął się ze słów wypowiedzianych przez panią Kaczkowską w momencie kiedy włączyłam okno aby zacząć pisać. trzeci z trzeciego. trzeci utwór z trzeciego albumu Portishead .

I na koniec. Tak dla rytmu z feelingiem i pewną dozą znudzenia ,a i przymknięcia oka.

Talk, it’s only talk

Arguments, agreements, advice, answers,

Articulate announcements

It’s only talk

Talk, it’s only talk

Babble, burble, banter, bicker bicker bicker

Brouhaha, boulderdash, ballyhoo

It’s only talk

Back talk

Talk talk talk, it’s only talk

Comments, cliches, commentary, controversy

Chatter, chit-chat, chit-chat, chit-chat,

Conversation, contradiction, criticism

It’s only talk

Cheap talk

Talk, talk, it’s only talk

Debates, discussions

These are words with a D this time

Dialogue, dualogue, diatribe,

Dissention, declamation

Double talk, double talk

Talk, talk, it’s all talk

Too much talk

Small talk

Talk that trash

Expressions, editorials, expugnations, exclamations, enfadulations

It’s all talk

Elephant talk, elephant talk, elephant talk

09
kwi

tak dosyć spontanicznie.

jak sam tytuł mówi wpis raczej dosyć spontaniczny.

zmieniłam trochę podejście do niektórych spraw i postanowiłam smucić się jak najmniej.

niby nic i to niby nic wydaje się czymś tak oczywistym- jak widać nie dla wszystkich. na szczęście jeśli coś sobie napiszę to dotrze to do mnie szybciej i lepiej. tak już mam.

tak więc zaczynam.

(dłuższa notka kiedy indziej)

22
mar

Przewrót w tył, a teraz… przewrót w przód.

Oprócz tego, że dręczą mnie cichutkie wyrzuty sumienia odnośnie mojego błogiego lenistwa, podczas gdy powinnam zrobić coś ze sobą ,a konkretniej zająć się czymś bynajmniej konstruktywnym (uwaga, oto i słowo ,które zakasowało społeczność forum gimnazjum nr 18 reagujące na wyraz ’konstruktywny’ pytaniem  ‘a co to za język?’. Panie Boże daj cierpliwość), to jest całkiem sympatycznie. Kilka rzeczy mi się poukładało, jem jogurt truskawkowy, zapijam kakaem, w tle lecą Pixies ,zaraz się pożygam i jest fajnie.

Wczorajszy dzień krejzolsko spędziłam z dziewojami jeżdżąc sobie autobusami róźnej maści po Gdańsku i jego okolicach,malując w tych magicznych pojazdach różne rzeczy (kalambury rządzą) i co chwile coś jedząc. Sympatycznie. Poza tym śpiewałam w kościele, gdzie mi coś nie coś odmarzło. Nie wiem czemu, ale dokładniej nie chce mi się tego opisywać xP

Co do dnia dzisiejszego . Obejrzałam po raz któryś The Holiday, czyli jedną z dwóch komedii romantycznych, które lubie. Bardzo lubie i które wprawiają mnie w dobry nastrój.

Patrzę się w sufit. Nic nie robię. Niewiarygodne.

Wbrew pozorom tytuł nie jest przypadkowy. Nie jest on typowym moim wydzimisiem żeby walnąć jakiś tytuł byle jaki, ot aby był.

Okej.

Macie teraz czas na zinterpretowanie go po swojemu. Korzystajcie bo zaraz pozbawie Was tej zajebistej przyjemności możliwości inerpretowania czegoś jorself i te sprawy.

Dobra. Tytuł znaczy ni więcej ni mniej jak ’powrót do przeszłości’ a raczej ’powrót przeszłości’ ,bo nie zamierzałam do niej powracać. A ona bezczelnie wtargnęła. Wtargnęła przeszłość o której już nawet nie myślałam ,że może wrócić. Wtargnęły tamte pragnienia. Nie potrafię stwierdzić czy to makabrycznie czy rewelacyjnie, bo kto to może wiedzieć. Z resztą nigdy nie wiemy, co będzie konsekwencją tego czy innego zdarzenia, bo zdarzenie na pozór niekorzystne może być przyczyną zdarzenia ,które będzie zajebiście korzystne więc no… W sumie to jak na 21 minutę po godzinie 21 jestem zadowolona z jej powrotu. I ciekawa jestem dalszych wypadków z serii: “Jakież to życie przewrotne i pełne ironii”.

A co do przewrotu  w przód. Wiadomo wiele rzeczy toczy się dalej ,nabiera rozpędu, a my czekamy na rozwój wydarzeń.

Mam cholernie smutna wiadomość. Niestety nie jest to oryginalny zapis, bo w trakcie pisania odłączyli mi prąd na ułamek sekundy, co wystczyło aby nie zapisała mi się cała nota. Ubolewam nad tym ,bo będąc przez chwile  w mojej wysokiej formie intelektualnej (pośmiejmy się chwilę razem) w akapicie wyjaśniającym  ’przewrót w tył’ błyszczałam nietuzinkowymi porównaniami i metaforami, które poszły w pizdu wraz z zasilaniem.  Wiecie, nie byłabym tak wkurzona jak jestem gdyby to zdarzyło się raz a nie 3 razy w ciągu 10 minut, a ja się musiałam babrać w jakichś kabelkach od netu żeby takowy zaczął działczyć. Mówię Wam, przednia zabawa.

A i generalnie jestem zła. Tak zapamiętajcie to sobie, bo to obwieścił mi dzisiaj prywatny demoralizator xP bo Wy tego poprostu jeszcze nie widzicie xP

no i jutro też zamierzam robić nic. do diabła z tym wszystkim. mam wolne i tyle.

Opcja ’pozytywne myślenie’ włączona.

Ahoi.

18
mar

Upiornie wręcz.

Witam.

Generalnie zamierzam się cieszyć jak głupia, więc jeśli komuś to nie pasuje to niech kliknie raz na taki magiczny krzyżyk w prawym górnym rogu. Na zdrowie.

I już po tak długo wyczekiwanym piątku, później sobocie no i wreszcie tej Upiornej niedzieli ,orientuję się znowu, jak to szybko minęło. Nie zdążył się człowiek nawet tym wszystkim podelektować (zostawię bez odpowiedzi pytanie: a czy ten człowiek zdolny byłby wtedy się tym wszystkim delektować?), a tu już proszę: środa. Prawie.

Egzamin zdany. Hm… Cztery plus.. Powiedzmy.

Niestety nie napiszę o tym, co działo się w piątek, gdyż najnormalniej (a może i nie najnormalniej) w świecie mam czarną dziurę i kompletnie nie wiem ,tzn. nie pamiętam co się działo tego też dnia. Nie pytajcie dlaczego, bo nie odpowiem xP

Zaś mogę zacząć od soboty. Nie mogłam pojechać do Windy wybrać piosenek, bo miałam wyruszyć do Warszawy, co też uczyniłam niezwłocznie. O 10 byliśmy już w samochodzie no i dalej.. Warszawka. Przyjechaliśmy sobie popołuniu tak gdzieś do wujka, gdzie już zostaliśmy cały dzień. Mama i ciocia szykowały się na pierwszą premierę. A my to generalnie oglądaliśmy TV- ciekawe jak cholera ale dobra. Sobota była nieciekawa, ale za to niedziela nadrobiła w zupełności xD

W niedzielę pojechaliśmy troszku do muzeum powstania warszawskiego. Naprawdę było ono świetne, żałuję tylko, że nie mieliśmy więcej czasu, gdyż było tam tyle ciekawych rzeczy przekazanych w bardzo przystępny sposób, że mogłabym tam spędzić dużo więcej czasu niż te dwie godzinki. Pewnie myślicie co za nawiedzona. Ale Moi Drodzy, zapewniam Was, że to nie jest takie zwykłe, nudne muzeum. To muzeum żyje.

Później wróciliśmy do wujka, no i zaczęły się przygotowania do premiery. I oto nadeszła godzina 18.30 i udaliśmy się do Teatru Roma. Odpicowani jak ta lala i w niezłych nastrojach. Atmosfera panująca w teatrze była niesamowita. Czuć było w powietrzu to oczekiwanie i podekscytowanie. Szczerze mówiąc już sam hol Teatru zrobił na mnie wrażenie, może nie jako pomieszczenie, a raczej klimat ,jaki tam panował: piękne suknie, kieliszki szampana, smokingi i wygrywający głowne tematy kwintet smyczkowy jeszcze bardziej wzmagały wrażenie, że uczestniczy się w czymś wielkim i niezwykłym. Jedynym w swoim rodzaju. Kilka minut przed siódmą zajęliśmy swoje miejsca. A mieliśmy je wyśmienite. Pod stoiskiem akustyków na samym środku. I zaczęło się. Dyrektor Teatru wygłosił krótką mowę odnośnie obchodów dziesięciolecia Teatru Roma no i naturalnie powiedział coś nie coś o przedsiewzięciu jakim był właśnie ten “Upiór w Operze”.  I kurtyna wreszcie się podniosła. Scena aukcji rozpoczynała spektakl. To właśnie na jej końcówce przeszły mnie pierwsze dreszcze (a powiem Wam, że jeśli przechodzą mnie dreszcze to znaczy, że coś lub ktoś był naprawdę dobry). Muzyka zaczęła się bowiem spokojnie, ale dopiero jak z wielkim impetem zabrzmiała cała orkiestra człowiek czuł ciarki na plecach. I już wtedy wiedziałam, że to będzie coś niezwykłego, coś co zostanie na długo, coś.. wielkiego.

Po pierwsze chcę napomnkąć o scenografii. Niesamowite. Dzięki imponującym dekoracjom i projektorowi ,który wyświetlał na scenie różne scenerie, miało się wrażenie ,że to wszytko się porusza, że jesteś w tym.  O muzyce.. Genialna. Po prostu genialna. Soliści rewelacyjnie przygotowani (mamusia w końcu zna się na rzeczy xP). Świetny aktorsko i wokalnie Damian ALeksander jako Upiór ( aczkolwiek trochę za nijaki, o wiele lepszy w tej roli Łukasz Zagrobelny będący w drugiej obsadzie), śpiewająca słowiczym głosem Paulina Janczak w roli Christine, emanujący charyzmą i energią, nie wspominając już o głosie i grze aktorskiej Marcin Mroziński jako Raoul. Zaś Pani Barbara Malzer zdaje się, że przeszła samą siebie albo była tego bliska grajać divę Carlottę (to chyba jej byłam pod największym wrażeniem). Ponadto choreografia zdumiewająca i fenomenalna, i pomyśleć ,że wymyśliła ją pani debiutantka,  zresztą wychowanka Teatru Roma. Fantastyczne i bajkowe stroje, efektowny żyrandol ( choć ku mojemu rozczarowaniu nieroztrzaskujący się tak, jak należy) oraz sztuczki rodem z przestawienia jakiegoś iluzjonis, potęgowały magiczny nastrój. Mogłabym pisać o tym sporo, ale chyba sobie podaruję.

Później był bankiet, gdzie nacykałam zdjęć aktorom itd itp a przy okazji coś se przekąsiłam no i koło północy do domu, a następnego dnia powrót do Gdańska.

Podsumowując, było to dla mnie ogromne przeżycie, gdyż dotąd nie brałam udziału jeszcze w czymś takim tak to, w czymś tak niesamowitym, wielkim i wykonanym z takim rozmachem. Wielu ludzi oddało by niemało by tam być. Ja tam byłam. I dziękuję za to ,że było mi to dane.

A jutro wolne bo dni otwarte Topolówki i jedynki xD Ha ha. Czyli już święta praktycznie. Ho ho!

12
mar

Tytuł niech będzie egzotyczny: Bananagirl i Mr Lemon.

Chciałabym powiedzieć, że wszystko umie jest świetnie i że lepiej być nie może. Niestety, gdybym to napisała nie było by to prawdą. Chociaż drobne kłamstewka nie zaszkodziłyby chyba tak bardzo.. ale sobie podaruję.

Generalnie za dużo się nie dzieje. Od weekendu do weekendu z utęsknieniem wyczekując wakacji i nowej szkoły. Taka prawda. Chciałabym już być gdzie indziej, z daleka od tego wszystkiego, no ale żeby nie brzmiało to zbyt hm… niewdzięcznie i pesymistycznie to jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się bardziej poznać kilka osób z mojej klasy (o ironio, końcówka trzeciej klasy) , które wyciągnęły do mnie rękę i nie szczędziły mi uśmiechu. Chciałabym im wszystkim za to podziękować. Pewnie nigdy tego nie przeczytacie, ale dziękuję Wam.

Dobra mina do złej gry.

A Moi Drodzy, tytuł nie znikąd. Wczoraj kiedy to szajba będąca skrajną odmianą beznadziei ogarnęła mnie niezwykle, stworzyłam dwie postaci: Bananagirl i Mr Lemona. Spytacie pewnie kto to taki. Otóż w przypływie weny, szajby, głupawki, palmy czy czego tam jeszcze, mój brat jadł sobie obiad, a ja usiadłam na kanapie i bezczelnie zrobiłam mu teatrzyk. Kanapa była jakby takim parawanem. No, ale nei odpowiedziałam na pytanie o ich tożsamość, a więc jest to para zajebiście żółtych skarpetek. Tomek bliski uduszenia się obiadem i posikania się ze śmiechu chciał to nagrać, ale stanowczo zabroniłam, bo co to by było xP Zabawnie było. Oto jak pani rzekomo dojrzała i poważna Beatrycze zachowuje się po powrocie do domu, gdzie odreagowuje.

W niedzielę byłam sobie sama i w pełni niezależna w kinie na “Control”. Film bardzo mi się podobał. Momentami śmiało się do rozpuku ,a były chwile kiedy łezka kręciła się w oku. Obraz ten przedstawił Iana Curtisa w takim świetle, że w zasadzie nie wiedziałam później co o nim myśleć.

Film zaczyna się bynajmniej sielsko. Młody Ian leży sobie na łóżku, pali papierosa i rozmyśla nad egzystencją. Pisze wiersze, opowiadania, teksty piosenek. Bierze z kumplem proszko dla schizofrników na’odjazd’. Wszyscy fajnie się bawią. Młody pisarz odbija kumplowi dziewczynę i szybko się żeni. Znajduje zespół, gdzie zaczyna się wykazywać swoim talentem pisarza i co najważniejsze swoim głosem, który przez swoją niespotykaną barwę a także manierę Iana w śpiewie , albo się lubi albo nie cierpi. Po prostu. I tak ze szczytu wokalista Joy Division wykańczany psychicznie i fizycznie przez ataki epilepsji, odkrywa ,że świat wcale nie jest taki różowy. Nie będę dalej dokładnie opisywać co się działo. Powiem tylko, że film ma swój finał, tak samo jak i finał miało życie Iana, a także żywoty wielu innych ludzi. Legendarna muzyka Joy Division naturalnie towarzyszy obrazowi. Uroku bez wątpienia dodaje też to, że film ten jest czarnobiały, co rewelacyjnie oddaje kimat lat, w których toczyła się akcja.

Chcę już piątek wieczór.

02
mar

Białe inspiracje- czarne wibracje.

Witam.

No, wreszcie się wzięłam za siebie. Przejrzałam na oczy i wzięłam się. Tak. Wreszcie.

Wczorajszy dzień dosyć aktywnie mi minął. Najpierw wizyta u fryzjera później próba z zespołem, a następnie kino. Spotkałam tam Natalinkę i Monikę, które to wyczekiwały pana Giorewa, który miał Pani N. wręczyć plakat Sweeney’a Todd’a. I tak dotrzymałam im towarzystwa albo to raczej one mi. No i wreszcie przyszedł pan Giorew ,który niemal zagadał nas na śmierć xD Ja to jeszcze jako tako, próbowałam dyskutować ,ale ja nie mogę. Nie wiem czy znam drugą osobę z takim słowotokiem.. Nie no.. Dobra. Znam. Ale być tak oblatanym  w tylu tematach? Światowy człowiek normalnie. No i w końcu nadleciała Olka, która też chwile z nami postała, a o 15;30 biegiem do kina. Na szczęście ominęły nas tylko reklamy.

Powiem Wam, że tak jak Step Up część pierwsza w ogóle mi się nie podobała, tak dwójka była całkiem fajna. Jeszcze w sumie chciałabym pójść jeszcze na dwa filmy: “Aż poleje się krew” i “Chłopiec z latawcem”.

No ale wracając do tematu. Po kinie zaszłam do Empika trochę się pokręcić ,a później do domku. No i zapuściłam se Pulp Fiction. I podobał mi się, a jakże. Ogólnie rzecz biorąc sobote upłynęła pod hasłem: FILM.

Zaś sobota… Sobota zaś zaczęła się od Cienia Wiatru w łóżku z herbatą w ręku. Potem kościół no i… Gitara. Tak. Gitara, śpiew. Niemiecki (niestety). I znów gitara. No, ale w końcu zmierzam do jakiegoś punktu kulminacyjnego, a mianowicie do.. BIAŁYCH INSPIRACJI - CZARNYCH WIBRACJI.

Jeżeli myślicie ,że to coś związanego z muzyką to.. jak najbardziej prawidłowo myślicie. xP

Koncert odbył się w Filharmonii Bałtyckiej. No, ale zanim się odbył musiałam tam trafić. Oczywiście mamuśka tak mi to wytłumaczyła, że niech ją gęś kopnie. Po moście nad Motławą ,pierwsza w lewo ulica po kocich łbach . Aha, spoko. dochodzę do tego miejsca- telefon do mamy. “Eee.. Mamo jesteś pewna, że to tu?” “Tak, tak” “Tu trochę dziwinie jest. Co tu dużo mówic.. Nie wygląda mi to na podwórko Filharmonii Bałtyckiej” “Nie no wiem ,że to dziwnie wygląda ,ale idź do samego końca i tam to jest” “Aha, no okej” Wyłączam komórkę. Ulica przede mną pusta. Pozostałości po kiedysiejszych szynach tramwajowych. Sześć kotów biega po ulicy i uważnie mi się przypatruje. Okolica- co tu dużo mówić- bynajmniej niezamieszkana. (aż dziw- sam środek Gdańska!) No okej. Mam dojść do końca i tam to będzie. Idę, idę ,idę i idę. Mijam jakieś ruiny, stare domy, skrzypiące okiennice, co chwile spadające jakieś cegły czy drewno ,sama nie wiem. Coś z dachu. Budynki obdrapane, z jednego domu dobiegała mnei cicha muzyka. Trochę poczułam się jak w jakimś amerykańskim horrorze w opuszczonym miasteczku, no bo bądź co bądź , mała bo mała ale jakaś namiastka takiego miasteczka to była. Doszłam do końca. Drut kolczasty. “Hehe, to chyba nie tutaj. Napotkałam drut kolczasty, a nie sądzę żeby widownia wybierająca się do Filharmonii musiała przełazić przez kolczasty drut” “Ee no to chyba faktycznie nie tu” Hehe, miodzio. Jak się później okazało wszystko się zgadzało poza drobnym szkopulikiem. Filharmonia owszem- jest na końcu pierwszej drogi za mostem, ale za mostem drugim. No, ale mniejsza o to.

Czarek Paciorek, Dominik Bukowski, Emil Kowalski, Tomasz Sowiński, Janusz Macek Mackiewicz.

Akordeon, wibrafon, klarnet, perkusja, bas.

Białe inspiracje- muzycy tym razem inspirowali się dziełami wybitnych kompozytorów takich jak F.Chopin czy L. van Beethoven.

Czarne wibracje- klasyka przerobiona na jazzowo.

Generalnie podobało mi się. Jakby utwory były zdiebko krótsze to było by mega świetnie.

Rewelacyjny Pan Dominik na wibrafonie- jedyne 30 lat ,a gra iście niesamowicie i zjawiskowo. Najlepszy wibrafonista w Polsce pokazał dzisiaj na co go stać.

Pan Emil- cóż tu wiele mówić. Fenomen. Klarnecista światowego formatu. Jakn najbardziej pod wrażeniem. I ta szybkość…

Pan Tomasz- perkusja jakich mało teraz słychać. Z resztą Pan Sowiński uczy w Akademii Muzycznej więc samo to świadczy o jakiejś randze. (oczowiście bywają wyjątki, ale nie chcę się w to wgłębiać teraz zbytnio) Ale co tu dużo mówić- wymiatał.

Pan Janusz- kapitalne solówki i warkoczyk też fajny ;P

No i na koniec Pan Czarek- świetny pianista, ale i muzyk grający fenomenalnie na akordeonie.  Coś niesamowitego. Szybkość z jaką wywijał solóweczki była dla mnie nie do pojęcia wręcz.

Słabych ogniw po prostu nie było. Cieszę się, że mogłam tam być i poznać kilka ciekawych osób.

A za 2 tygodnie: “Ahoj Warszawo! Witaj Upiorze!” Już się nie mogę doczekać.

27
lut

Siedzę sam w pokoju bez ścian.

Trochę szkoda, że nie dorwałam się na dłużej do klawiatury ostatnimi czasy. Albo.. Jak już się dorwałam to nie chciało mi się pisać. Miałam bowiem trochę do pisania. A teraz… To się tak jakby wszystko rozeszło po kościach.

Generalnie kiepska pogoda. Niskie ciśnienie. Jest szaro. Mam podły nastrój. Tak ,tak. Lubię sobie powmawiać ,że to cholernie wspaniałe smopoczucie spowodowane jest pogodą. A w rzeczywistości kilkoma innymi rzeczami. Nie będę o nich mówić z dwóch powodów. Po pierwsze nie chce po prostu o tym mówić ,po drugie mogłoby to zostać przeczytane przez bynajmniej niepowołane osoby.

Czas mi się wlecze. Niemiłosiernie. Każda minuta wlecze się do momentu kiedy złapię się za “Cień Wiatru”, wezmę gitarę do ręki albo włączę odpowiedni repertuarem, którym stał się ostatnio Lenny Valentino. 

‘Siedzę sam w pokoju bez ścian.’

Zabawne, że w podstawówce muzyka była dla mnie rzeczą istniejącą ,ale niekonieczną.  Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez niej. Po prostu nie umiem. Brak mi słów. Jak kiedyś ochłonę ,rozwinę wypowiedź.

‘I nawet kiedy będę sam nie zmienię się to nie mój świat.’

No to zaczęła się walka charakterów. Nieme krzyki. Trudno. Pewne cechy nie pozwalają. I dobrze.

Pada deszcz i wieje wiatr. Lubię słuchać deszczu bębniącego w szyby. Uwielbiam. Zwłaszcza teraz. Chciałabym żeby zmył to wszytsko co wydarzyło się ostatnio. Chciałabym już to mieć za sobą. Chcę burzy. Tak patrzę w tej chwili na to co napisałam przed chwilą i widzę sporo wyrazu “chcę” lub “chciałabym”. To znaczy ,że nie jest dobrze. Bo chcę zmieniać. Chcę by już było dobrze. Bym  znowu mogła się faktycznie i prawdziwie śmiać. Teraz udaję.

Odwykłam od samotności, więc może i to odświeżenie znajomości z tą Panią nie jest takie złe?

Nie, samo w sobie nie jest, ale gorszy jest posłaniec ,który ją wezwał. Lubię kiedy to posłaniec ją do mnie sprowadza, ale na moje polecenie, a nie innych.

Moim azylem jest muzyka. I tyle.

Mój świat.

p1020139.jpg

22
lut

Herezje, instrumenty i cenzura.

Cóż, sporo się wydarzyło. Kilka rzeczy lepszych i tych gorszych też. Najpierw o tych lepszych.

Miałam ostatnio czas na czytanie książek. Rzecz cudowna i jakże bliska memu sercu. Kupiłam dwie nowe książki. Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby nie to ,że każda kupiona książka oznacza ni mniej ni więcej ,że próbowałam nią załatać coś w sobie. Prościej mówiąc: najczęściej kupuje książki jak mam doła. Normalnie to wypożyczam. No, ale mniejsza. Jedną już mam przeczytaną. Jest to trzecia część powiedzmy… przygód pewnego Inkwizytora, którego zajęciem jest, jak się pewnie domyślacie, tropienie heretyków. (Jacek Piekara, “Łowcy Dusz”)  Momentami szalenie zabawna. Przypomina mi ona trochę Wiedźmina, ale nie jest ona tak wysokich lotów jak dzieło Sapkowskiego. Po pierwsze bieg wydarzeń w niektórych opowiadaniach jest jak dla mnie zbyt przewidywalny. Po drugie fabuła nie jest tak złożona jak u Pana Sapkowskiego.  Nie jest to także książka zawierająca tylko i wyłącznie opisy tortur, pogoni czy krwawych zajść. Można w niej też znaleźć kilka mądrych rzeczy. Pozwolę sobie przytoczyć kilka cytatów: “To prawda, że odważni nie żyją wiecznie, lecz tchórze nie żyją wcale.  Myśl może i budząca kontrowersje, ale wg mnie całkiem niezła. I tu coś jeszcze: ” -Pielęgnuj marzenia ,chłopcze, bez nich staniesz się (…) nikim! Jeżeli płaczesz nad tym, że w twoim życiu słońce zapadło za horyzontem, łzy przeszkodzą ci dostrzec piękno gwiazd. - A jeśli ich nie ma [gwiazd]? - To je stwórz, niemądry chłopcze!” Hah, nie no dobra. Widzę ,że spaczenie się tutaj już przejawia ;P Dzisiaj na języku polskim pisaliśmy recenzje, no i stąd moje zapędy to rozkładania dzieł na części pierwsze, a później ich analizowania. Z resztą kogo to teraz obchodzi…

Następnie… Przez ostatnie trzy tygodnie słuchałam namiętnie Pana Jamiego Culluma. Absolutnie fenomenalne piosenki, połącznie rocka i popu z jazzem. Miodzio. Zwłaszcza, że potrzebowałam lżejszej muzyki ostatnio. “I could have danced all night”, “Twentysomething”, “London Skies” czy “All at sea” - coś cudownego. I teraz co mnie takiego spotkało. Otóż okazało się ,że moja mama ma nuty Pana Jamiego na fortepian, w konsekwencji czego jak już usiąde do klawiatury ,nie mogę się oderwać. Pracuję w tej chwili nad “All at sea”, “But for now” oraz “It’s about time”.

Dalej.. W czwartek dostałam olśnienia jakiegoś i byłam geniuszem matematyczny. Ale to tylko przez 1,5 godziny, niestety ;P Całkiem miło było poczuć się zajebiście mądrym.

Generalnie było całkiem pozytywnie, ale oczywiście do czasu. Ale w tym o to momencie- zamilknę.

Słucham OFFensywy. Grają Pink Freud. Jest sielsko,  cudnie,  zajebiście. Nie no, tak poważnie rzecz biorąc: fajnie jest. Teraz.

15
lut

Mimo że dużo to niewiele.

Jeszcze wczoraj miałam tyle do napisania tutaj, a nie bardzo miałam czas. A teraz? Pustka prawie że.

Wczoraj wreszcie wyrwałam się z domu. W sumie na jednej lekcji byłam, bo później się wkręciłam w walentynkowe coś organizowane w szkole. (Ma się ten dar wkręciania po 2 tygodniach nieobecności w szkole xP)

Generalnie było szalenie śmiesznie, Bodzio (a właściwie Bodzia, albo jak kto woli Janina) zrobił niezłe show ;D

Hm tak patrze, że wtedy kiedy się dużo dzieje nie bardzo mam wenę do pisania ;P

Możę uda mi się tutaj jakieś fotki skombinować z tego dnia.

W każdym bądź razie. Wróciłam wczoraj z domu i miałam przed sobą widmo piątkowego konkursu z ekologii. I tak spędziłam ,wierzcie mi, sporo czasu przy książkach, ale wykułam.  Kit ,że później okazało się ,że aż tyle uczyć się nie musiałam.

Nie, koniec, nie chce mi się już pisać.

‘Zakochaj się”, “Zabierz mnie ze sobą”. Eh, głupie Tymbarki.